










 



 
|
|
Mój brat
Nie minęło jeszcze osiem dni od mojego wyjazdu, gdy otrzymałem telegram: "Lothar jest ranny, ale nie ma zagrożenia dla życia". To było wszystko. Dowiedziałem się, że był bardzo lekkomyślny. Leciał na wroga razem z Allmenroederem. Poniżej, w sporej odległości po drugiej stronie frontu zobaczył samotnego, prawie czołgającego się Angola. Był jednym z tych samolotów piechoty, które szczególnie dokuczały naszym oddziałom. Naprzykrzaliśmy się im bardzo często. To, czy oni naprawdę dokonywali czegokolwiek niemalże czołgając się po ziemi było dyskusyjne. Mój brat był na wysokości około dwóch tysięcy metrów, zaś Anglik na około tysiącu. Szybko zbliżył się, przygotował do nurkowania i po kilku sekundach był za nim. Anglik stwierdził, że lepiej unikać starcia i zniknął, również nurkując. Brat, bez wahania, podążył za nim. Nie zwracał uwagi na to po której stronie frontu się znajduje. Był ogarnięty jedną myślą: "Muszę zestrzelić tego kolesia." Jest to, oczywiście, prawidłowy sposób postępowania. Teraz, jak i wcześniej, ja sam działałem identycznie. Jednak dla mojego brata brak sukcesu podczas każdego lotu sprawiał, że miał dość wszystkiego. Tuż nad ziemią osiągnął korzystną pozycję za angielskim lotnikiem i mógł strzelać jak do witryny sklepowej. Anglik spadł. Nic więcej nie było do zrobienia.
Podczas takich zmagań, szczególnie na niskiej wysokości, w trakcie których często wykonuje się zwroty i skręty, jak i obroty w prawo i lewo, przeciętna śmiertelność nie jest wyższa niż w innych przypadkach. Jednak tego dnia stało się tak, że w powietrzu była mgła. Pogoda najwyraźniej nie sprzyjała. Mój brat szybko określił swoje położenie i odkrył, że znajduje się daleko za frontem. Był za grzbietem Vimy. Szczyt tego wzgórza wznosi się na sto metrów ponad całą okolicę. Jak informowali obserwatorzy z ziemi, mój brat zniknął za wzniesieniem Vimy.
Nie jest niczym przyjemnym lot do domu nad terenem wroga. Jeden strzał i można nie wrócić. To prawda, zwłaszcza, że trafienia nie są czymś nadzwyczajnym.
Brat zbliżał się do okopów. Na małej wysokości mógł słyszeć każdy oddany strzał i odgłosy ognia brzmiące jak wrzucane w ogień kasztany. Nagle poczuł, że został trafiony. Zdziwiło go to bardzo. Jest jednym z tych ludzi, którzy nie mogą patrzeć na własną krew. Gdy krwawi ktoś inny nie zwraca na to uwagi, ale widok swojej krwi działa na niego odstręczająco. Poczuł, że po prawej nodze spływa w dół strumyczek krwi. Równocześnie pojawił się ból w biodrze. Strzelanina z dołu trwała. Wynikało z tego, że wciąż jest nad terenem wroga. W końcu ogień zaczął stopniowo ustawać. Przekroczył front i teraz musiał się spieszyć, gdyż mogło zabraknąć mu sił. Ujrzał drzewa, a za nimi łąkę. Skierował się na nią i odruchowo, prawie nieświadomie, wyłączył silnik. W tej samej chwili stracił przytomność. Był sam w samolocie. Nikt nie mógł mu pomóc. To cud, że znalazł się na ziemi, choćby dlatego, że latające maszyny nie lądują ani nie startują automatycznie. Krąży plotka, że w Kolonii mają starego "Taube", który startuje sam zaraz po tym jak tylko w kabinie zasiądzie pilot, wykonuje regularne skręty i ląduje po kilku minutach. Sporo ludzi twierdzi, że widziało tę cudowną maszynę. Ja nigdy jej nie ujrzałem. Ale wciąż jestem przekonany, że ta opowieść może być prawdziwa. Niestety, brat nie był w podobnie cudownej automatycznej maszynie. Niemniej jednak, nie odniósł żadnych ran podczas lądowania. Świadomość odzyskał dopiero w szpitalu i został odtransportowany do Douai.
To bardzo miłe uczucie, gdy widzi się brata walczącego z Anglikiem. Kiedyś zobaczyłem Lothara, który został z tyłu za eskadrą, jak atakował go angielski pilot. Nie powinien mieć trudności z uniknięciem walki. Potrzebował jedynie zejść niżej. Ale nie zrobił tego. Nie powinno było mu się to zdarzyć. Nie wiedział jak uciec. Na szczęście, obserwowałem co się dzieje.
Zauważyłem, że Anglik goni brata strzelając do niego. Ten próbował wznieść się na pułap przeciwnika lekceważąc jego ogień. Nagle maszyna zrobiła obrót i zaczęła pionowo spadać kręcąc się dookoła. Nie było to zamierzone opadanie, ale zwykłe spadanie w dół. Nie jest miło patrzeć na coś takiego. Zwłaszcza, gdy spadającym lotnikiem jest własny brat. Stopniowo nabierałem pewności, że to jeden z wybiegów brata. Gdy przekonał się, że Anglik go przewyższa zaczął udawać trafionego. Przeciwnik gnał za nim. Brat odzyskał równowagę i po chwili był nad swoim wrogiem. Tamten nie mógł zawczasu przygotować się na to, co nastąpiło. Brat uchwycił sprzyjający kąt i w kilka sekund potem rywal spadł w dół płonąc. Gdy maszyna się zapali wszystko jest stracone, zwłaszcza podczas spadania.
Pewnego razu byłem na ziemi w pobliżu zbiornika z benzyną. Zawierał sto litrów paliwa, które eksplodowało i zapaliło się. Gorąco było takie, że nie mogłem wytrzymać w odległości dziesięciu kroków. Tak więc, wyobrażam sobie co oznacza, gdy zbiornik zawierający znaczną ilość tego diabelskiego wybuchowego płynu eksploduje kilka centymetrów z przodu i po chwili podmuch śmigła nawiewa płomień prosto w twarz. Wierzę, że człowiek musi tracić przytomność już w pierwszej chwili. Choć czasem zdarzają się cuda. Na przykład, pewnego razu widziałem angielski samolot spadający w dół w płomieniach. Pojawił się na pułapie pięciuset metrów. Płonęła cała maszyna. Gdy przylecieliśmy do domu opowiedzieliśmy, że jeden z członków załogi wyskoczył na wysokości pięćdziesięciu metrów. Był to obserwator. Pięćdziesiąt metrów wysokości! Spróbujmy wyobrazić sobie taką wysokość. Przeciętna wieża kościelna w Berlinie jest niewiele wyższa. Któż skoczyłby w dół ze szczytu takiej wieży! W jakim stanie znalazłby się na dole? Większość ludzi łamie sobie kości skacząc z okna z pierwszego piętra. W każdym razie, ten dobry kolega wyskoczył z płonącej maszyny na wysokości pięćdziesięciu metrów, z samolotu, który błyskawicznie stanął w ogniu i nic mu się nie stało poza zwykłym złamaniem nogi. Wkrótce po swojej przygodzie złożył oświadczenie, z którego wynikało, że również stan jego ducha nie ucierpiał.
Innym razem zestrzeliłem Anglika. Pilot został fatalnie trafiony w głowę. Maszyna spadała pionowo do ziemi z wysokości trzech tysięcy metrów. W chwilę potem poszybowałem w dół i zobaczyłem na ziemi kupę poskręcanych szczątków. Ku mojemu zaskoczeniu powiedziano mi, że obserwator miał jedynie uszkodzoną czaszkę, a jego zdrowiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Niektórzy ludzie faktycznie mają szczęście.
Kiedyś tam, Boelcke zestrzelił maszynę Nieuport. Byłem przy tym obecny. Samolot spadł jak kamień. Pilot został trafiony w brzuch, stracił przytomność i miał urwane ramię od uderzenia o ziemię. Nie zginął.
Z drugiej strony, coś takiego zdarzyło się mojemu dobremu przyjacielowi, który podczas lądowania miał wypadek. Jedno z kół jego maszyny wpadło w króliczą norę. Samolot zatrzymał się i stanął na dziobie. Zdawało się, że wróci do poprzedniej pozycji czy upadnie na jeden z boków, ale obrócił się dookoła i w efekcie kark biednego kolegi został złamany.
*
Mój brat, Lothar, jest podporucznikiem w 4 pułku dragonów. Przed wojną studiował w Akademii Wojennej. Został oficerem w chwili jej wybuchu i zaczął wojnę jako kawalerzysta, tak samo jak ja. Nic nie wiedziałem o jego akcjach, gdyż nigdy nie mówił o sobie. Jednakże opowiedział mi następującą historię: Zimą 1914 regiment Lothara był nad Wartą. Rosjanie znajdowali się po drugiej stronie rzeki. Nikt nie wiedział czy zamierzają tam pozostać czy też chcą wykonać odwrót. Rzeka była częściowo zamarznięta wzdłuż brzegów. Tak więc trudno było się przez nią przedostać konno. Oczywiście, nie było tam żadnych mostów, gdyż zniszczyli je Rosjanie. Brat pokonał rzekę wpław. Rozpoznał pozycje wroga i przypłynął z powrotem. Zrobił to podczas srogiej rosyjskiej zimy, gdy temperatura spada wiele stopni poniżej zera. Po kilku minutach jego ubranie zamarzło na kość. Jednak zapewniał, że czuje się rozgrzany. Utrzymał się na koniu przez cały dzień, dopóki nie dotarł do swojej kwatery. Ale nie przeziębił się.
Zimą 1915 podążył za moją radą i dołączył do służby lotniczej. Początkowo również był obserwatorem, a pilotem został zaledwie rok później. Działanie jako obserwator jest niezłym treningiem, szczególnie dla pilota myśliwskiego. W marcu 1917 zdał swój trzeci egzamin i w końcu dotarł do mojej eskadry.
Przybył jako młody i niewinny pilot, który nigdy nawet nie myślał o pętlach i innych tego rodzaju numerach. Był bardzo zadowolony, gdy pomyślnie wystartował swoją maszyną i tak samo wylądował. Dwa tygodnie później wziąłem go po raz pierwszy ze sobą na akcję. Prosiłem, by leciał blisko mnie, gdyż w ten sposób mógł zobaczyć jak się naprawdę walczy. Po trzecim locie z nim nagle stwierdziłem, że odłączył się ode mnie. Ruszył na Anglika i strącił go. Moje serce skakało z radości, gdy to ujrzałem. Wydarzenie to dowiodło, że nieraz nie jest sztuką zestrzelić samolot. Rzecz powinna być zrobiona z osobistym czy też bojowym zaangażowaniem lotnika. Nie jestem Pegoudem i nie chcę nim być. Jestem tylko żołnierzem, który spełnia swój obowiązek. Cztery tygodnie później mój brat miał już ogółem zestrzelonych dwudziestu Anglików. Prawdopodobnie nic takiego nie przydarzyło się jakiemukolwiek innemu pilotowi, by w dwa tygodnie po trzecim egzaminie strącić pierwszego wroga, po czym zestrzelić w przeciągu pierwszych czterech tygodni bycia pilotem dwadzieścia nieprzyjacielskich samolotów.
Dwudziesty drugi przeciwnik mojego brata to powszechnie znany kapitan Ball. Był o wiele lepszym angielskim lotnikiem. Major Hawker, który w swoim czasie był równie sławny jak Ball, został przypięty do mojej piersi kilka miesięcy wcześniej. Szczególnie miłe dla mnie było to, że bratu przypadło w udziale załatwić drugiego angielskiego mistrza lotniczego. Kapitan Ball leciał trójpłatowcem i trafił na mojego brata, który był sam nad frontem. Jeden próbował dopaść drugiego. Żaden nie dawał przeciwnikowi szansy. Każda chwila przewagi trwała krótko. Stale rzucali się na siebie. Jednak żaden nie mógł uzyskać dogodniejszej pozycji. Niespodziewanie obaj zdecydowali się oddać kilka celnych strzałów korzystając z momentów przewagi. Ruszyli na siebie i strzelali. Przed sobą mieli silniki. Prawdopodobieństwo trafienia było bardzo małe, gdyż ich prędkość była dwa razy większa niż normalnie. Niemożliwe, by któryś z nich odniósł sukces. Brat, który był trochę niżej, zbyt mocno szarpnął maszyną i wykonał przewrót. Na moment samolot stracił sterowność. Ale wkrótce [Lothar] odzyskał kontrolę i odkrył, że przeciwnik roztrzaskał mu zbiornik paliwa. Powinien więc wyłączyć silnik i szybko lądować. W przeciwnym wypadku maszyna mogłaby stanąć w płomieniach. Jego następną myślą było: Co się stało z moim przeciwnikiem? W chwili gdy maszyna zrobiła swoje salto udało mu się zobaczyć, że samolot wroga został z tyłu i również wykonał tę samą figurę. Tak więc nie powinien być daleko. Cały czas zastanawiał się: Jest poniżej czy nade mną? Dostrzegł trójpłatowca spadającego w dół w ciągłych saltach. Spadał, spadał, spadał aż dotarł do ziemi, gdzie roztrzaskał się na kawałki. Stało się to na niemieckim terytorium. Obydwaj rywale trafili siebie nawzajem. Maszyna mojego brata otrzymała dwa trafienia w zbiornik paliwa, a kapitan Ball dostał w głowę. Zabierał ze sobą zdjęcia i wycinki z gazet ze swojego miasta, gdzie był bardzo fetowany. Wydaje się, że na krótko wcześniej musiał być na urlopie. W czasach Boelckego Ball zniszczył trzydzieści sześć maszyn. W końcu i on trafił na swojego mistrza.
Czy był to przypadek, że tak ważny człowiek powinien był zginąć zwykłą żołnierską śmiercią? Kapitan Ball był na pewno dowódcą anty-Richthofen eskadry. Wierzę, że zwłaszcza teraz Anglicy będą próbowali mnie pochwycić.
Gdyby mój brat nie został ranny piątego maja, to, jak sądzę, zostałby wysłany na urlop po moim powrocie, również z liczbą pięćdziesięciu dwóch strąconych Angoli.
Lothar jest strzelcem, ale nie myśliwym
Ojciec rozróżnia myśliwych od strzelców. Ten drugi strzela tylko dla zabawy. Gdy strącam Anglika moja pasja myśliwska zostaje zaspokojona na kwadrans. Tak więc, nie odczuwam satysfakcji strzelając do dwóch Anglików naraz. Jestem zadowolony, gdy w dół spada jeden. Jednakże, o wiele, wiele później przemogłem swój instynkt i stałem się strzelcem.
Mój brat jest inaczej ukształtowany. Miałem sposobność obserwować go jak zestrzeliwał swojego czwartego i piątego przeciwnika. Atakowaliśmy całą eskadrą. Rozpocząłem taniec. Załatwiłem przeciwnika bardzo szybko. Gdy rozglądałem się dookoła zauważyłem brata pędzącego za angielską maszyną, która stanęła w ogniu i eksplodowała. Następnym był inny Anglik. Brat, mimo tego, że wciąż podążał za pierwszym, bezzwłocznie skierował swoje karabiny przeciwko temu drugiemu, chociaż poprzedni przeciwnik wciąż był w powietrzu i jeszcze nie spadł. Druga ofiara runęła po krótkim zmaganiu.
Gdy spotkaliśmy się w domu, zapytał mnie z dumą: "Jak wielu zestrzeliłeś?", ja zaś odparłem skromnie: "Jednego". Odwrócił się do mnie plecami i powiedział: "Ja dwóch". Wysłałem go przodem, by zasięgnął informacji. Miał poznać nazwiska swoich ofiar etc. Wrócił późnym popołudniem i zdołał znaleźć tylko jednego Anglika.
Wyglądał niedbale. Tak jak jeden spośród strzelców. Następnego dnia złożyłem raport o tym, gdzie spadł drugi. Wszyscy widzieliśmy jego upadek.
Żubr
Podczas odwiedzin w Kwaterze Głównej spotkałem księcia von Pless. Pozwolił mi zapolować na żubry w swojej posiadłości. Zwierzęta te już wymarły. Na całej ziemi są jedynie dwa miejsca, w których można je znaleźć. Są to posiadłości Pless oraz Białowieża, tereny byłego cara. Rzecz jasna, białowieskie lasy sporo ucierpiały podczas działań wojennych. Wiele wspaniałych żubrów, które powinny być zastrzelone przez cara lub innych monarchów, zostało zjedzonych przez niemieckich strzelców.
Dzięki uprzejmości Jego Książęcej Mości dostałem pozwolenie na strzelanie do tych zwierząt. Za kilka dziesięcioleci nie pozostanie już żadne. Dotarłem do Pszczyny po południu dwudziestego szóstego maja i bezzwłocznie wyruszyłem ze stacji, gdyż jeszcze tego samego wieczoru chciałem ustrzelić byka. Jechaliśmy drogą przez gigantyczną posiadłość, którą odwiedzało wiele koronowanych głów. Po około godzinie wysiedliśmy i po półgodzinnym spacerze dotarliśmy na pozycję strzelecką. Nagonka była już na miejscu. Dano sygnał i zaczęło się polowanie.
Stałem na ambonie na wprost lasu, wcześniej zajmowanej przez Jego Wysokość, który stamtąd ustrzelił wiele żubrów. Czekaliśmy sporo czasu. Nagle ujrzałem pośród zarośli wielkie czarne, toczące się monstrum. Szło w moim kierunku. Dostrzegłem je wcześniej niż leśniczy. Przygotowałem się do strzału i muszę przyznać, że ogarnęła mnie gorączka polowania. To był mocny byk. Gdy znalazł się w odległości dwustu pięćdziesięciu kroków miałem nadzieję, że będzie mój. Pomyślałem, że jest za daleko by strzelić. Oczywiście, powinienem trafić potwora, gdyż wręcz niemożliwością byłoby spudłować do tak potężnej bestii. Poza tym, zetknięcie z nim na pewno nie należałoby do przyjemności. No i śmiesznie byłoby, gdybym nie trafił, tak więc stwierdziłem, że powinienem poczekać aż się zbliży. Zapewne zauważył nagonkę, bo nagle wykonał zwrot i szybko ruszył pod ostrym kątem w moją stronę i z szybkością, która wydawała mi się niewiarygodna. Byłem w złej pozycji do oddania strzału, a byk po chwili zniknął za grupą potężnych jodeł. Słyszałem jego chrząkanie i tętent kopyt. Straciłem go z oczu. Nie miałem pojęcia czy wywęszył mnie czy też nie. W każdym razie, zniknął. Przelotnie zobaczyłem go jeszcze w oddali, po czym odszedł.
Nie wiem czy był to niezwyczajny wygląd zwierzęcia, czy też coś innego zawładnęło mną. W każdym razie, w chwili, gdy byk był blisko poczułem to samo uczucie, tę gorączkowość, która ogarnia mnie kiedy siedzę w moim samolocie, z daleka dostrzegam Anglika i muszę lecieć z pięć minut, by zbliżyć się do niego. Jedyną różnicą jest to, że Anglik może się bronić. Gdybym nie stał na tak wysokiej ambonie, to kto wie, czy zagrałyby we mnie jakieś moralne uczucia.
Wkrótce zbliżył się drugi żubr. Ten również był ogromnym kolesiem. Sam ułatwił mi oddanie strzału. Wypaliłem do niego z odległości stu kroków, ale straciłem sposobność do trafienia w bark. Miesiąc wcześniej, Hindenburg powiedział mi opowiadając o żubrach: "Musisz wziąć ze sobą sporo magazynków. Ja zużyłem na takiego jednego aż sześć, bo nie chciał łatwo umrzeć. Ma bardzo głęboko serce i chybienie jest regułą." Była to prawda. Mimo, że wiedziałem dokładnie gdzie żubr ma serce, to jednak nie trafiłem. Oddałem drugi i trzeci strzał. Trafienie za trzecim razem sprawiło, że byk zatrzymał się około pięćdziesiąt kroków przede mną. Pięć minut później bestia była martwa. Polowanie skończyło się. Wszystkie trzy kule trafiły go ponad sercem. Teraz jechaliśmy opuszczając wspaniałe tereny łowieckie, na których goście księcia von Pless strzelali co roku do jeleni i innej zwierzyny. Po jakimś czasie ujrzeliśmy teren domu w Promnitz. Jest usytuowany na półwyspie. Przedstawia cudowny widok, a na pięć kilometrów dookoła nie ma żadnych ludzi. Niejeden tęskni za uczuciem, którego doznał odwiedzając rezerwat nadzwyczajnej życzliwości w posiadłości księcia, rezerwat rozciągający się na czterystu tysiącach mórg. Są tam wspaniałe jelenie, których nigdy nie widział żaden człowiek. Nawet leśniczy ich nie spotkał. Tylko okazjonalnie ktoś do nich strzela. Niejeden mógłby wędrować nawet cztery tygodnie i nie zobaczyłby żadnego żubra. Podczas pewnych okresów roku jest niemożliwością znaleźć choćby jednego. Lubią ciszę i mogą ukrywać się w gigantycznych lasach, wśród plątaniny drzew. My za to ujrzeliśmy niejednego wspaniałego koziołka.
Po dwóch godzinach dotarliśmy do Pless, jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu.
Lotnicy piechoty, artylerii i maszyny rozpoznawcze
Nie byłbym rasowym pościgowcem, gdybym nie wspomniał o pilotach piechoty. Ostatecznie musi to być satysfakcjonujące uczucie być użytecznym pomagając tym oddziałom, które pracują najciężej. Pilot piechoty może dużo zdziałać asystując ludziom, walczącym na własnych nogach. Z tego też powodu ma wdzięczne zadanie. Podczas bitwy pod Arras obserwowałem wielu tych wspaniałych kolegów. Latali w każdą pogodę i o każdej porze na niskim pułapie nad wrogiem i starali się działać jako łącznicy pomiędzy naszymi mocno naciskanymi oddziałami. Potrafię zrozumieć, że ktoś może walczyć z entuzjazmem, gdy ktoś inny wspiera go swoimi działaniami. Zapewne niemało lotników krzyczało: "hurra!", gdy po dokonanym ataku widzieli masy wrogów płynące do tyłu, albo gdy nasza piechota wyskakiwała z okopów i walczyła z napastnikiem twarzą w twarz. Wiele razy, już po wyprawie pościgowej, wystrzeliwałem pozostałości magazynków w pozycje wroga. Mogłem zrobić choć tyle dobrego, że swoim ogniem wpływałem na morale przeciwnika.
Byłem także lotnikiem artylerii. W moim czasie nowością było kierowanie ogniem własnych dział przez bezprzewodowy telegraf. Robienie tego dobrze wymagało od lotnika specjalnych zdolności. Nie wykonywałem takich zadań zbyt długo. Wolałem walczyć. Zapewne oficerowie artylerii byliby zarazem jej najlepszymi pilotami. Przynajmniej dobrze znają broń dla której wykonywaliby różne zadania.
Robiłem wiele rozpoznań samolotem, zwłaszcza w Rosji podczas ofensywy. Wtedy jeszcze raz działałem jako kawalerzysta. Jedyną różnicą było to, że dosiadałem Pegaza, który był ze stali. Dni spędzone nad Rosją razem z przyjacielem Holckiem były najlepszymi w moim życiu.
Na zachodnim froncie oczy pilota rozpoznawczego widziały rzeczy, bardzo różniące się od tych, do których był przyzwyczajony kawalerzysta. Wioski i miasta, linie kolejowe i drogi wydawały się martwe. Jednakże przez cały czas odbywa się tam kolosalny ruch, ale z niezwykłą zręcznością jest skrywany przed lotnikami. Tylko doskonałe praktyczne wyszkolenie i uważne oczy mogą zobaczyć wyraźnie cokolwiek, gdy podróżuje się na dużej wysokości z przeraźliwą szybkością. Mam wyśmienity wzrok, ale wydaje mi się wątpliwe czy jest ktokolwiek, kto mógłby wyraźnie dostrzec coś, gdy patrzy w dół na drogę z wysokości pięciu tysięcy metrów. Oko nie jest najlepszym narzędziem do obserwacji i musi zostać zastąpione przez aparat fotograficzny. Wszystko co wydaje się ważne musi być sfotografowane. Poza tym, trzeba zrobić zdjęcia tych rzeczy, których ktoś może żądać. Gdy po powrocie do domu okazuje się, że płytki są uszkodzone, cały lot idzie na marne.
Często zdarza się to lotnikom, którzy wykonują rozpoznanie, ale wplątują się w walkę. Aczkolwiek ich zadanie jest o wiele ważniejsze od strącenia przeciwnika. Często dobre zdjęcie ma większą wartość niż zestrzelenie nawet całej eskadry. Dlatego zgodnie z zasadami latający fotograf nie powinien przykładać ręki do walki.
Obecnie bardzo trudno jest przeprowadzać skuteczne rozpoznania na Zachodzie.
Nasze samoloty
Jak zapewne o tym wiadomo, podczas wojny niemieckie maszyny latające nieco się zmieniły. Istnieje kolosalna różnica pomiędzy gigantycznym płatowcem, a samolotem pościgowym.
Płatowiec pościgowy jest mały, szybki i zwrotny. Nie zabiera niczego poza pilotem. Pominąwszy karabiny maszynowe i magazynki.
Gigantyczny płatowiec – warto przyjrzeć się wielkiemu angielskiemu samolotowi, który spokojnie ląduje po niemieckiej stronie frontu - jest kolosem. Jego jedyne zadanie to udźwignąć najwięcej, jak to tylko możliwe i nadaje się do tego dzięki swojej ogromnej powierzchni. Może on unieść niewiarygodny ciężar. Łatwo mu odlecieć dźwigając od trzech do pięciu ton. Jego zbiorniki paliwa wyglądają na tak wielkie, jak cysterny kolejowe. Podczas lotu takim kolosem zaskakujące może być, że leci nim tylko jeden pilot. On kieruje. Lot gigantycznym płatowcem wymaga nie instynktu, ale skupienia na instrumentach i wskaźnikach.
Wielki samolot ma ogromną ilość koni mechanicznych. Nie wiem ile dokładnie, ale jest ich wiele tysięcy. Im więcej, tym lepiej. Nie wydaje się niemożliwym, że przyjdzie dzień, gdy będzie można przetransportować całą dywizję. W jego cielsku można wybrać się na spacer. W jednym z rogów jest coś nieopisanego. To coś zawiera aparat do bezprzewodowego telefonu, za pomocą którego można konwersować z ludźmi na dole. W innym rogu zawieszone są najatrakcyjniejsze kiszki, jakie tylko można sobie wyobrazić. Są one wspaniałymi bombami, które wywołują strach u ludzi na dole. W każdym rogu ma karabin. Całość jest latającą fortecą i płatowiec ze swoimi stanowiskami i podpórkami wygląda jak zamczysko. Nigdy nie odczuwałem entuzjazmu dla tych olbrzymich barek. Uznawałem je za koszmarne, niegodne prawdziwego sportowca, nudne i niezgrabne. Raczej wolałem maszyny typu "le petit rouge". Gdy jest się w małym samolocie pościgowym zupełnie nieistotnym staje się czy ktoś leci za kimś, czy leci w górę czy w dół, staje na głowie etc. Można robić numery, jakie się tylko spodobają, bo w takiej maszynie lata się niczym ptak. Jedyną różnicą jest to, że nie da się lecieć ze samymi skrzydłami, tak jak robi to albatros. Rzecz tkwi, mimo wszystko, po prostu w silniku. Myślę, że wszystko zmierza do tego, iż będziemy mogli kupować latające kostiumy za grosze. Wejdzie się doń. Na jednym końcu będzie mały silnik i małe śmigło. Wsadzisz ramiona do kadłuba, a nogi w ogon. Wtedy będziesz mógł zrobić kilka podskoków żeby wystartować i wzbijesz się w powietrze jak ptak.
Mój drogi czytelniku, słyszę jak śmiejesz się z mojej historii. Ale nie wiadomo, czy nasze dzieci też będą się z niej śmiały. Każdy wybuchał śmiechem, gdy pięćdziesiąt lat temu ktoś opowiadał o lataniu nad Berlinem. Pamiętam sensację, jaka zapanowała, kiedy w 1910 Zeppelin po raz pierwszy przybył do stolicy. Teraz żaden z berlińskich przechodniów nie spogląda w górę, gdy zbliża się statek powietrzny.
Oprócz gigantycznych płatowców i małych samolotów pościgowych, jest jeszcze bardzo wiele innych typów maszyn latających i są one wszelkich rozmiarów. Pomysłowości wciąż daleko do końca. Kto może powiedzieć, co za maszyn będziemy używać za rok od dzisiaj, by dziurawić atmosferę?
Ranny
Któregoś pięknego dnia (szóstego lipca, 1917) wraz z eskadrą odbywałem lot bojowy. Przelecieliśmy już ładny odcinek pomiędzy Ypern a Armentieres, jednak w tym czasie nie doszło do żadnej walki. Wkrótce zauważyłem w oddali eskadrę wroga i zaraz sobie pomyślałem: Nasi przyjaciele chcą dobrać się nam do skóry. Wkrótce dotarli do frontu i dobrze nas widząc zrobili skręt, a ja pomyślałem, że przegapimy nieprzyjaciela. Dlatego musiałem użyć fortelu i leciałem niby w przeciwną stronę; lecz stale obserwowałem wrogą eskadrę. Nie trwało długo i już ponownie widziałem ich lecących w kierunku naszych linii.
Mieliśmy niesprzyjający wiatr, który wiał od wschodu. Pozwoliłem im, aby wlecieli jak najgłębiej, po czym odciąłem im drogę nad front. To znowu byli moi przyjaciele, wielkie Vickersy. Jest to angielski typ samolotu zbudowany z kratownic; obserwator siedzi z przodu.
Powoli doganialiśmy szybkich nieprzyjaciół. Zapewne nigdy byśmy ich nie dopadli, gdyby nie udało się nam osiągnąć większej wysokości i nie przycisnęlibyśmy ich. Przez długą chwilę miałem przed sobą ostatniego z tej grupy, tak iż dobrze mogłem przemyśleć sposób w jaki go zaatakuję. Pode mną leciał Wolff. Po trzasku niemieckich karabinów maszynowych poznałem, że już uwikłał się w starcie. Wówczas mój przeciwnik wykonał zwrot i podjął walkę ze mną. W rzeczywistości odległość pomiędzy nami była tak duża, że trudno było mówić o prawdziwej walce powietrznej. W zasadzie nie byłem pewien ile jeszcze czasu upłynie, zanim będę mógł przystąpić do walki z wrogiem. Wówczas zauważyłem, jak chyba nazbyt podniecony obserwator otworzył ogień. Pozwoliłem mu strzelać, ponieważ przy odległości trzystu metrów, a może i więcej, nawet najlepszemu strzelcowi nie pomoże jego talent. Po prostu nie można trafić i basta. Teraz szedł pełną parą w moją stronę. Ja zaś miałem nadzieję, że podczas następnego skrętu będę siedział na jego ogonie i dobiorę mu się do skóry. Nagle jednak otrzymuję dziwne uderzenie w głowę! Byłem trafiony! Na moment moje ciało stało się bezwładne. Ręce opadły w dół, a nogi wrosły w kadłub. Najgorsze jednak było to, że przy uderzeniu w głowę uszkodzeniu uległ nerw wzrokowy i zupełnie oślepłem. Maszyna zwalała się w dół. Przez moment przez głowę przeszła myśl: A zatem tak to wygląda, gdy człowiek spada i znajduje się tuż przed śmiercią. Czekałem tylko na moment, kiedy skrzydła nie wytrzymają pędu i odpadną. Siedzę całkiem sam w skrzyni. Jednak nie straciłem świadomości nawet na moment. Wkrótce odzyskałem również władzę nad rękoma i nogami. Tak, iż ponownie mogłem chwycić za stery i zmniejszyć gaz. Uczyniłem wszystko mechanicznie, ale cóż mi to pomogło! Z zamkniętymi oczyma przecież nie można lecieć! Rozwarłem oczy szeroko, zrzuciłem gogle, ale nawet przez moment nie mogłem dojrzeć słońca. Byłem zupełnie oślepiony. Sekundy stawały się wiecznością. Czułem, że wciąż spadam. Maszyna od czasu do czasu dawała się ujarzmić, ale mimo to wciąż leciała do ziemi. Początkowo byłem na wysokości czterech tysięcy metrów, a teraz spadłem już co najmniej na dwa do trzech tysięcy. Zebrawszy w sobie całą energię, powiedziałem sobie: "Muszę widzieć!".
Czy pomogła mi w tym owa energia, tego nie wiem. W każdym razie, przez moment mogłem rozróżniać przed sobą czarne i białe plamy. Stopniowo odzyskiwałem wzrok. Spojrzałem w stronę słońca, widziałem je bez problemu, nie odczuwając najmniejszego bólu i nie mając uczucia, że zostałem oślepiony. Widziałem wprawdzie jak prze grube czarne okulary, ale to mi wystarczyło. Pierwszy rzut oka skierowałem na wysokościomierz. Ciągle pokazywał osiemset metrów. Nie miałem pojęcia gdzie się znajdowałem. Opanowałem maszynę, sprowadziłem ją do normalnej pozycji i kontynuowałem lot. Pode mną nie było nic poza lejami po granatach. Wkrótce rozpoznałem kompleks leśny. Była to wskazówka po której mogłem stwierdzić, czy byłem po drugiej stronie okopów czy wśród swoich. Ku mej wielkiej radości dostrzegłem, że znajduję się sporo w głąb własnych terenów. Gdyby w tej chwili leciał za mną jakiś Anglik, mógłby rozwalić mnie bez żadnego ale. Dzięki Bogu, teraz chronili mnie moi towarzysze, którzy początkowo w ogóle nie mogli zrozumieć mojego spadania.
Początkowo chciałem wylądować, ponieważ nie wiedziałem jak długo jeszcze wytrzymam, zanim stracę przytomność. Dlatego zszedłem na wysokość pięćdziesięciu metrów, ale wśród ogromu lejów nie znalazłem najmniejszego skrawka do lądowania. Jeszcze raz dodałem gazu i na niskiej wysokości leciałem we wschodnim kierunku. Tak długo, na ile starczało mi świadomości. Początkowo wszystko szło sprawnie. Lecz po kilku sekundach poczułem, że uciekają ze mnie siły i przed oczyma zaczęła pojawiać się ciemność. Była już najwyższa pora. Wylądowałem. Udało mi się nawet równo posadzić maszynę, co w tym momencie było wyjątkowo trudne. Po drodze ściąłem kilka palików i druty. Miałem jeszcze na tyle sił, żeby wstać i chciałem wysiąść. Wypadłem i nie potrafiłem się podnieść. Leżałem bezwładnie na ziemi.
Natychmiast na miejscu zjawiło się kilku ludzi, którzy obserwowali całe zajście i po czerwonej maszynie rozpoznali, że to ja. Żołnierze założyli mi na głowie opatrunek. To, co się działo, widzę jak przez mgłę. Nie straciłem zupełnie świadomości, lecz byłem zamroczony. Pamiętam tylko tyle, że położyłem się na sianie i nie miałem siły, by podnieść się z tego miejsca, co mogło mieć dla mnie zgubny skutek.
Miałem jednak szczęście, że moja maszyna wylądowała przy drodze. Nie trwało długo zanim przyjechała sanitarka do której przeniesiono mnie i po kilkugodzinnnej jeździe trafiłem do szpitala polowego w Courtrai. Tutaj czekali już na mnie lekarze i przystąpili do swojej roboty.
Miałem sporą dziurę w głowie, ranę o długości około dziesięciu centymetrów, którą można było zeszyć. Jednak w jednym miejscu wystawała z niej kość czaszki o wielkości talara. Znowu udowodniłem, że noszę na karku twardą głowę Richthofenów. Czaszka nie była uszkodzona. Przy odrobinie wyobraźni, na zdjęciu rentgenowskim można było dojrzeć małego guza. Ból głowy, którego nie mogłem pozbyć się przez całe dnie, nie był zbyt przyjemny.
W moich rodzinnych stronach informowano, jakobym leżał w lazarecie z przestrzelonymi głową i brzuchem, poza tym jednak czułem się dobrze.
Byłem ciekaw, kto prędzej będzie mógł zasiąść w samolocie, mój brat czy też ja? Brat obawiał się, że będę to ja, ja zaś ze swej strony obawiałem się, że będzie to mój brat.
JG 1, 28 sierpnia 1917
Cieszę się z informacji o zdrowiu Lothara. Ale pod żadnym pozorem nie powinien wracać na front, zanim nie osiągnie pełni sił. W przeciwnym wypadku natychmiast osłabnie albo zostanie zestrzelony. Najlepiej widzę to sam po sobie. Ostatnio podjąłem dwie wyprawy na nieprzyjaciół, wprawdzie zakończyły się sukcesem, ale po każdym locie byłem prawie zupełnie wyczerpany. Podczas pierwszego nieomal zrobiło mi się niedobrze. Moja rana goi się strasznie powoli. Wciąż jest tak duża, jak moneta pięciomarkowa. Wczoraj wyjąłem z niej jeszcze kawałek kości; mam nadzieję, że będzie on ostatni.
Niedawno odwiedził nas podczas dokonywania inspekcji cesarz. Wdał się przy tym w dość długa rozmowę ze mną. Wkrótce przyjadę na urlop. Cieszę się bardzo, że będę mógł spotkać wszystkich Was razem.
Myśli w schronie
W moim schronie wisi pod sufitem lampa, którą kazałem zmajstrować z silnika samolotu. Pochodzi on z zestrzelonego przeze mnie płatowca. Do cylindrów wmontowałem lampy i gdy nocą nie śpiąc leżę przy zapalonym świetle, to ów żyrandol wygląda, miły Boże, fantastycznie i niesamowicie. Leżąc tak, często myślałem o różnych rzeczach. Spisuję swe myśli nie wiedząc, czy ktokolwiek poza moją najbliższą rodziną je przeczyta. Zastanawiam się nad napisaniem kontynuacji "Czerwonego myśliwca", i to z pewnego określonego powodu. Obecnie walki na froncie stały się piekielnie poważną rzeczą. Niewiele pozostało "z tej świeżej, radosnej wojny", jak początkowo nazywano nasze działania. Teraz wszędzie musimy bronić się do ostatniego żołnierza, by nieprzyjaciel nie wtargnął do naszego kraju. Ogarniają mnie ponure myśli, że ludzie odbierają mnie z "Czerwonego myśliwca" jako innego Richthofena - nie takiego, jakim sam siebie przedstawiłem. Gdy spoglądam na siebie jako postać książkową, uważam się za nieco bezczelnego. Obecnie niewiele pozostało z mojej bezczelności. Nie dlatego, że wyobrażam sobie jak to będzie, gdy któregoś dnia dopadnie mnie śmierć. Choć często będę wspominał, że mogło to nastąpić. W Sztabie Generalnym stwierdzono, że nie powinienem latać sam, gdyż któregoś dnia mogę oberwać. Byłbym nieszczęśliwy, gdybym teraz, okryty chwałą i medalami, czerpał korzyści ze swej sławy żyjąc na tyłach, aby utrzymać moje kosztowne życie dla narodu. I to w czasie, gdy każdy biedny chłopak w okopach, który spełnia swój obowiązek tak, jak ja, jakoś wytrzymuje.
Po każdej walce czuję się żałośnie. Prawdopodobnie są to skutki rany głowy. Gdy stawiam z powrotem stopę na ziemi lotniska, to chcę jak najszybciej znaleźć się w swoich czterech ścianach. Nikogo nie chcę widzieć i z nikim rozmawiać. Uważam, i tak jest w rzeczywistości, a nie tak, jak wyobrażają sobie ludzie w Ojczyźnie - że można wszystko załatwić krzycząc "hurra" - że wszystko jest bardziej poważne i zażarte ---
|
|
|